14.04.2020 13:17

Legenda o herbie Dobrego Miasta autrstwa Pani Beaty Samko

Grupy twórcze

Czas kwarantanny to dla wielu osób odpowiedni czas na nadrobienie czytelniczych zaległości. Zostając w domu, zachęcamy was do czytania. Dzisiaj przedstawiamy Państwu legendę o herbie Dobrego Miasta autorstwa Pani Beaty Samko – naszego pracownika CKB w Dobrym Mieście. Cieszymy się, że Pani Beata podzieliła się z nami swoją, twórczą i ciekawą opowieścią o tym jak jeleń z liśćmi dębu w pysku znalazł się w herbie Dobrego Miasta. Serdecznie zachęcamy do lektury i życzymy miłego czytania. Legenda o herbie miasta Działo się to dawnymi czasy w początkach założenia naszej osady, kiedy Wilhelm z Ornety przybył burmistrzować tu z nadania Biskupa Eberharda. Sprawnym był organizatorem prac wszelkich, a roboty miał niemało w nowym grodzie. Domostwa na wyspie w ramionach rzeki Łyny, trzeba było zabezpieczyć fortyfikacją, nowe domy budować dla przybyłych osadników z Nysy, prawa stanowić i pilnować by ich przestrzegano, spory sprawiedliwie rozsądzać. Wszystkie prace szły dobrze i szybko, w zgodzie. Niebawem utworzyła się rada miasta złożona z najprzedniejszych jego mieszkańców, a do miasta zaczęli napływać różni rzemieślnicy i handlarze. Życie się stabilizowało, a Wilhelm od czasu do czasu znajdywał chwile na odpoczynek. Lasy Wichrowskie były wtedy gęste i dzikie, pełne dorodnej zwierzyny, ale i niebezpieczne. Od niedawna ta kraina była chrześcijańska i Bogu jedynemu podległa. W skrytości, w gęstwinach leśnych, na bagnach i torfowiskach, w miejscach nie przyjaznych zachowała swą pogańską dzikość. Chrześcijanie przybyli na te tereny jeszcze nie ufali dawnym świętym gają pruskim i czuli moc złego w miejscach odludnych. Przeto i do lasu nie często i nie w pojedynkę chodzili. Pewnego dnia namówiono Wilhelma na uczestnictwo w polowaniu z kilkoma rajcami i ich przyjaciółmi. Obława była na jelenia, ale nie gardzono też mniejszą zdobyczą. Psy zwęszyły trop. Myśliwi w pogotowiu trzymali napięte łuki. Z zarośli wysunął się jeleń, dostojny i wielki, z pięknym porożem, mlaszczący pyskiem dębową gałązkę. Mężczyzna zdumiony i pełen podziwu dla zwierzęcia zastygł w bezruchu. Jako burmistrzowi ustalono, że to jemu ma przypaść ustrzelenie pierwszego zwierzęcia. Jeleń był aż na zbyt piękny, i majestatyczny by go poświęcać. Wilhelm dał znak by oszczędzić tak dorodne zwierzę, co było nie zrozumiałe dla towarzyszącej mu grupy. Któryś z młodych myśliwych nie wytrzymał napięcia i puścił strzałę. Zwierz umknął raniony w gęstwinę leśną, a w pościg za nim ruszyli myśliwi. W gonitwie za ranionym jeleniem Wilhelm zgubił swych towarzyszy. Znalazł się sam w puszczy. Zmrok rozlewał się wkoło. Bystrym wzrokiem zaczął mężczyzna oglądać przestrzeń wokół siebie, czy nie przebiega gdzie płowy zwierz. Drzewa tu były grube jak kadzie a wysokie jak wierze kościelne. Nasłuchiwał odgłosów swych przyjaciół, tętentu kopyt, głosów, dźwięku rogu , ujadania psów, ale było zupełnie martwo i cicho. Po rannym Jeleniu ani śladu. W tę wydało się, że siwy cień sunie nisko przy ziemi. Powoli bezszelestnie wyciągnął strzałę, przyłożył do łuku i puścił. Ostrze zabłyszczało w poświacie księżyca i utonęło w mroku. Jednocześnie rozległ się cichy jęk. Naraz spostrzegł, że w oddali rozpaliły się czerwone ślepia i już nie jeden ale kilka siwych sylwetek osaczało jego konia. Wilki! Zrozumiał Prędko Wilhelm co mu grozi. W jednej chwil z myśliwego przemienił się w zwierzynę. Spiął konia i rzucił się do ucieczki. Wilki jednak zrównywały się w biegu z rumakiem, a mnożyły się przy tym zastraszająco. Wydawało się, że są z każdej strony. Mężczyzna dął w róg w nadziei, że jego towarzysze go usłyszą i ruszą z pomocą. Drapieżników było za dużo by dać sobie samemu rade. Cała nadzieja, że się przepłoszą większej ilości myśliwych. Przypadkowo Wilhelm dał się zagonić nad urwisko. Zaczął energiczniej dmuchać w róg i wzywać pomocy. Zwierzęta okazały się lepszymi myśliwymi. Księżyc jasno świecił i na niezalesionym wzniesieniu mógł jeździec zobaczyć sunące ku niemu siwe, kudłate mordy najeżone białymi kłami. Droga ucieczki była odcięta. Stał nad urwiskiem, a w dole meandrowała Łyna. Jedna z bestii chytrze wytarzała się w piachu, przypełzła pod konia stającego dęba i jęła się trzepać z niego co by go rumakowi w oczy nasypać. Koń zrzucił Wilhelma i pobiegł na ślepo w ciemny las, a za nim kilkoro ze stada. Szybko mężczyzna usłyszał dobiegające z ciemności charczenie konającego zwierzęcia i począł się żarliwie modlić do Boga by jego grzeszną duszę przyjął bez sakramentów w tę straszną chwilę. Niespodziewanie z zarośli jak oszalały wybiegł postrzelony jeleń. Z zadu wystawała mu jeszcze strzała. Ją rogami i kopytami rozganiać wilki, które rzucały mu się do gardzieli. Wilhelm leżał na trawie oglądawszy to przedziwne wydarzenie pełen strachu i podziwu. W srebrzystej poświacie księżyca sierść jelenia błyszczała czerwienią krwi od odniesionych ran, a kapiąc na ziemię zraszała gałązki dębowego młodniaku. Wilki pierzchły, a zwierzę majestatycznie stanęło na wzgórzu prezentując swoje ogromne poroże, przednią nogę ugięło zadowolone ze swojego zwycięstwa i osunęło się na ziemię martwe. Znieruchomiał z trwogi Wilhelm i tak znalazła go niebawem jego świta. Usłyszeli dźwięk rogu i przybyli na pomoc. Mężczyzna opisał całe niezwykłe wydarzenie rajcom i myśliwym, którzy zdumieli się niezmiernie. Uznano zgodnie, że to łaska Boża przyczyniła się do uratowania burmistrza i ciało jelenia zakopano na owej górze. Z biegiem lat urosły tam wspaniałe dęby, a miejsce okoliczni nazwali Dębową Górą. Prawa miejskie Dobre Miasto otrzymało 26 grudnia 1329 roku z rąk biskupa Henryka Wogenapa. A cała przygoda Wilhelma dała narodziny herbowi miasta, które w swym znaku ma czerwonego jelenia z majestatycznym porożem, trzymającego w pysku gałązkę dębu z dwoma żołędziami. Zwierzę ma podniesione przednie kopyto i stoi na zielonej trawie na tle białego pola. W pierwszych pieczęciach miejskich pod brzuchem jelenia było jeszcze widoczne rosnące młode drzewko dębu, na pamiątkę, że nazwa miasta Guttstadt od Pruskiego słowa gudde czyli – krzak pochodzi, lecz z biegiem lat zupełnie o tym zapomniano. Autor: Beata Samko